Przejdź do treści

Qeshm – piekielna wyspa

Jedziemy z Shiraz na Qeshm – piekielną wyspę. Średnia roczna temperatura wynosi tutaj dwadzieścia siedem stopni, a latem słupek rtęci przekracza pięćdziesiąt. Zatoka Perska jest wtedy gorąca jak piekło.  Przed nami cała noc autobusem. Autobus docelowo jedzie do miasta Qeshm, które znajduje się we wschodniej części wyspy, my jednak planujemy wysiąść w porcie od razu po przeprawie promowej. Autobus z zewnątrz i w środku prezentuje się nieźle. Podłoga wyściełana wykładziną ala dywan perski, olbrzymie fotele z podnóżkami, wszystko oświetlone czerwonymi lampkami LED. Dostajemy poczęstunek – soczek i ciastka. Żyć nie umierać! W końcu to klasa VIP. Nic mylnego. Była to najgorsza podróż w moim życiu. Podłokietniki były twarde i kanciaste, a fotele były tak wyślizgane, że co rusz zjeżdżałam w dół. Podnóżki również okazały się narzędziem tortur dla nóg, gdyż były równie śliskie, a odległość między fotelami nie pozwalała zaczepić stóp o przedni fotel. Prawdziwą zmorą okazały się czerwone światełka, które były widoczne nawet przez zamknięte powieki. Była to nieskończenie długa, koszmarna noc, z której pamiętam że co chwila albo uderzałam się w jakiś kant albo zjeżdżałam z fotela, a przeraźliwie czerwone światełka nie pozwalały mi zasnąć. Po przeprawie promowej o świcie byłam tak zmęczona, że obojętne mi było, gdzie pojadę. Najchętniej pojechałabym do końca, do samego miasta Qeshm, czyli jakieś czterdzieści kilometrów dalej.

Grzegorz stwierdza w pewnym momencie, że powinniśmy już chyba wysiąść, gdyż autobus zjechał z promu. Musimy dowiedzieć się, gdzie jesteśmy. Jestem tak nieprzytomna, że nie chce mi się o nic pytać. Słyszę tylko pytanie Grzegorza – Qeshm? Otwieram oczy i widzę jak ludzie potakują głowami i odpowiadają – Qeshm, Qeshm. No jasne, że Qeshm. Po co to pytanie?

Taksówkarz wiezie nas do domu naszego gospodarza

Wysiadamy w porcie. Pierwsza myśl – pustkowie. Pytamy miejscowego o taksówki, ten ręką pokazuje nam samochody stojące nieopodal. Nie zobaczycie tutaj napisu TAXI. Podchodzi do nas jeden z kierowców. Arab? No tak, przecież Qeshm nazywana jest przez Irańczyków „inną”. Mieszkają tutaj rdzenni mieszkańcy pochodzenia arabskiego – bandari. Stąd pierwsze skojarzenie z Arabami, widząc taksówkarza. Dzwonię do Assada i oddaję telefon „Arabowi”. Wiemy tylko, że Assad mieszka gdzieś w zachodniej części wyspy. Jedziemy około sześćdziesiąt kilometrów do jego domu. Z taksówki podziwiamy wschód słońca, góry, tereny pustynne, powysychane drzewa i krzewy. Jest pięknie, a będzie jeszcze piękniej. Tak nas przywitała wyspa Qeshm – zwana piekielną.

Krajobraz piekielnej wyspy

 

Kanion Chahkooh

Po odpoczynku i pysznym obiedzie udajemy się z Assadem do kanionu Chahkooh, oddalonego niespełna trzy kilometry dalej.

Trasa do kanionu wiedzie przez krótki wąwóz, który w pewnym momencie zwęża się, a naszym oczom ukazuje się widok nie z tej ziemi. Wapienne skały zdają się wić, zaokrąglone wgłębienia wyglądają tak, jakby ktoś wyżłobił je ogromną łyżką. Miejscami skalne formacje wyglądają jakby były poprzecinane wstęgami. Prawdziwe dzieło sztuki, stworzone przez wprawnego rzeźbiarza – mógłby ktoś pomyśleć. Aż trudno uwierzyć, że to co widzimy jest naturalnym arcydziełem i unikatem na skalę światową. Lepiej sami zobaczcie i oceńcie.

Idziemy wąwozem w kierunku kanionu
Wejście do kanionu
Kanion Chahkooh
Assad demonstruje nam jak miejscowi czerpią wodę ze studni
Niesamowite, kosmiczne widoki

Miejscami kanion tworzy wąskie korytarze
Idziemy do góry, tam gdzie siedzą dwaj mężczyźni

Kanion jest dość długi i znajduje się w nim wiele naturalnych studni wypełnionych wodą. Niektóre nie są zabezpieczone więc łatwo do nich wpaść. Skały mają obłe kształty i ciężko się czegoś uchwycić. Planując tam wspinaczkę trzeba mieć podeszwy z dobrą przyczepnością i mocne nerwy. Assad jest licencjonowanym przewodnikiem więc możemy mu zaufać. Chcąc zobaczyć kanion z góry, musimy wspiąć się po ścianach i półkach skalnych na sam szczyt. Momentami trzeba zjechać na „czterech literach” więc należy się liczyć z otarciami i zabrudzeniem odzieży.

Assad obmyśla trasę wyjścia na górę
Instruktaż bezpiecznego zejścia

Momentem krytycznym, podczas którego miałam zrezygnować ze wspinaczki, okazała się skalna półka, na którą musiałam wejść i widok studni pod stopami, który mnie sparaliżował. Wyobraźnia zadziałała i zobaczyłam siebie spadającą cztery metry w dół, prosto do studni, która była tak ciemna, że może i dobrze, że nie wiem jaką miała głębokość. Na szczęście pomocna i mocna ręka Assada nie pozwoliła mi spaść. Pamiętam tylko moje głośne „O Boże!”. Odbicie się i skok. Ręka Assada i Ja na półce z sercem w gardle.

Moja mina mówi wszystko. Najtrudniejsza część wspinaczki. W lewym dolnym rogu fragment studni
Widok z góry na kanion. Ja z Assadem w tle, daleko obok drzewa
Zmierzamy na zachód słońca
Musimy przejść granią

Na górze widok na kanion robi na nas ogromne wrażenie. Assad prowadzi nas teraz na szczyt, gdzie będziemy mogli podziwiać zachód słońca. Idziemy wąską granią. Kilkadziesiąt metrów w dół z lewej i prawej strony to pestka w porównaniu ze skalną półeczką i studnią pod stopami w kanionie Chahkooh.

Niesamowite widoki
Już na grani

Idziemy wąską granią
Jesteśmy prawie na szczycie

Na górze spędzamy godzinę. Widoki na okoliczne góry są niesamowite. Czujemy się jak w Wielkim Kanionie, który znamy tylko ze zdjęć.

W oczekiwaniu na zachód słońca

Podziwiamy zachód słońca
Dla takiego widoku warto tu przyjechać

 

Jutro jedziemy do Doliny Gwiazd i wioski Laft, gdzie liczymy na to, że spotkamy kobiety w kolorowych maskach. O tym w następnym poście.

Przeczytaj także...

Bądź pierwszym, który skomentuje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *