Skip to content

Kierunek Sewan

Wstajemy wcześnie rano i przygotowujemy śniadanie w hostelowej kuchni. Rezygnujemy z możliwości wykupienia śniadania tego dnia, gdyż musimy wcześnie wyjechać bo musimy przejechać ponad 300km w kierunku Sewan. Jest piękny niedzielny poranek i zapowiada się gorący dzień. Pakujemy więc ręczniki, stroje kąpielowe i cieszymy się na myśl, że schłodzimy się i zanurzymy stopy w największym jeziorze Armenii i jednym z najwyżej położonych jezior świata (1915m n.p.m.).

Ulice Erywania jeszcze opustoszałe więc łatwo wydostajemy się z centrum miasta. Nie mamy żadnej nawigacji, więc jedyną naszą pomocą jest mapa no i oczywiście niezawodny „nawigator” w głowie Grzegorza. Tablice informacyjne w języku ormiańskim niewiele nam mówią. Na szczęście większość nazw zapisana jest w zrozumiałym dla nas języku.
Kierujemy się na południe w kierunku Artashat i wjeżdżamy na autostradę. Szczęśliwi, że nasza jazda nabiera prędkości, przejeżdżamy kilka kilometrów i nagle ni stąd, ni zowąd pojawia się blokada na autostradzie. Na szczęście udaje nam się w porę wyhamować. Żadnych znaków ostrzegawczych i kierunkowskazów! Zjechaliśmy w boczną, bitą drogę, z powrotem na autostradę i znowu po kilku kilometrach jazdy to samo. Tym razem jednak pojawił się znak ostrzegawczy.

Khor Virap i Noravank

Jadąc do Armenii ostrzeżono nas, że drogi są w złym stanie i źle oznakowane. Rzeczywiście, jeśli chodzi o oznakowanie to w tym konkretnym przypadku musieliśmy się zgodzić z tą opinią. Z fatalnym stanem dróg spotkaliśmy się w okolicach Erywania jadąc do Garni i Geghard. Takich wyrw w drodze i pagórkowatego asfaltu jakie napotkaliśmy właśnie tam, nigdzie wcześniej nie widzieliśmy. Szczęśliwie pozostały odcinek całego naszego objazdu przejechaliśmy bez niespodzianek.
Po drodze widzimy Ararat w całej swojej okazałości. Decydujemy się zatrzymać, gdyż był to jedyny moment na zrobienie zdjęcia. Na horyzoncie zbierały się chmury i wiedzieliśmy, że zanim dojedziemy do Khor Virap takiego efektu nie uchwycimy.

Ararat widziany w drodze do Khor Virap

Tylko kilka kilometrów dzieli Khor Virap od świętej góry Ormian – Ararat. Przy dobrej widoczności widok klasztoru na tle tej ogromnej góry o wysokości 5165 m n.p.m. musi robić niesamowite wrażenie. My zdążyliśmy uchwycić Ararat z drogi.

Khor Virap i Ararat w chmurach

Do studni, w której więziony był przez trzynaście lat Grzegorz Oświeciciel, prowadzi siedmiometrowa, metalowa drabina. Osoby, cierpiące na klaustrofobię i lęk wysokości mogą odczuwać dyskomfort. Nie polecam wejścia małym dzieciom. Początkowo schodzi się pionowo w dół a następnie schody idą lekko pod kątem. Przed wejściem wisi tabliczka informująca, że wejście tylko na własną odpowiedzialność. Zejście do studni jest jednak bardzo ekscytujące.

Do studni prowadzi pionowa drabina
Tu był więziony św. Grzegorz Oświeciciel
Khor Virap

Przejeżdżamy przez piękne góry. Część drogi prowadzi przez kilkukilometrowy pas terytorium Azerbejdżanu. Nie ma znaków informacyjnych ale z mapy wiemy, że to Azerbejdżan.
Do Noravank, położonego w nieprzystępnej krainie Vayots Dzor, prowadzi droga przez piękny, skalny wąwóz, na końcu którego pojawiają się skały w różnych odcieniach czerwieni. Według legendy mieszkał tam architekt i artysta Momik, który zakochał się w jednej księżniczce. Ta jednak nie odwzajemniała jego miłości, co doprowadziło do jego śmierci a jego krew zabarwiła okliczne skały i monastyr na czerwono. Klasztor ten usytuowany jest wysoko na skałach, więc żeby się do niego dostać trzeba kawałek jeszcze podjechać krętą, asfaltową drogą.

Piękny wąwóz prowadzi do Noravank
Kościół Matki Bożej

Noravank to klasztor z XIII wieku. Są tam trzy kościoły. Największą atrakcją turystyczną jest dwupoziomowy kościół Matki Bożej. Trzeba wspiąć się po bardzo wąskich schodkach przylegających do muru tego kościoła, żeby dostać się na drugi poziom. Palpitacja serca gwarantowana osobom cierpiącym na lęk wysokości.

Strome, wąskie schody prowadzą na drugi poziom kościoła
Matka Boża siedzi po turecku na dywanie. Miała chronić przed atakiem wrogich Turków
Kaplica w Noravank
Jadąc w kierunku jeziora natrafiamy na karawanseraj

Cel: Jezioro Sewan

Widzimy w oddali ogromne jezioro. Nie bez powodu Ormianie nazywają go morzem. Kiedy zobaczyłam jego ogrom i ten błękitny kolor to od razu pomyślałam o Chorwacji.

Jezioro Sewan

Nie możemy się doczekać, kiedy wysiądziemy z samochodu i zanurzymy stopy w wodzie. W końcu czekaliśmy na to cały dzień. Jedziemy wzdłuż jeziora i wypatrujemy odpowiedniego miejsca, żeby się zatrzymać. Wysiadamy i…..już wiemy, że z kąpieli nic nie będzie. Jadąc w jego kierunku i zatrzymując się po drodze w różnych miejscach, temperatura przekraczała w słońcu 30 stopni a tutaj jest zimno. Mimo, że świeci słońce, to wieje zimny wiatr a temperatura wynosi zaledwie 20 stopni. Czemu nam nie przyszło do głowy, że na wysokości 1915 metrów n.p.m. będzie tak zimno?
W drodze do Sevanavank odwiedzamy średniowieczny cmentarz, znajdujący się we wsi Noratus, z największym światowym nagromadzeniem zabytkowych chaczkarów. Jest ich ponad 800. Najstarsze tutejsze chaczkary datowane są na IX wiek n.e.

Chaczkar to największy symbol Armenii
Nasz przewodnik po Noratus

Zwykle sami zwiedzamy większość miejsc. Nie spodziewaliśmy się, że akurat w Noratus będziemy skazani na samozwańczego przewodnika. Przed wejściem przyczepia się do nas miejscowy, młody mężczyzna i kuśtykając daje nam znak ręką żebyśmy szli za nim. Widać, że jest niepełnosprawny fizycznie i umysłowo. Początkowo niechętnie idziemy i pomimo naszych sprzeciwów, poddajemy się i w końcu zgadzamy na jego towarzystwo. W naszych głowach powstaje nawet myśl, żeby schować się przed nim za wysokim chaczkarem ale odnajduje nas więc idziemy tam gdzie nas prowadzi i odwrotnie. Pokazuje nam każdy chaczkar, mówi niewyraźnie i niezrozumiale a my grzecznie potakujemy głowami, że wszystko rozumiemy. Co jakiś czas wskazuje na znaki na niektórych tablicach. Jedyne jego słowo, jakie zrozumieliśmy to kuń (wskazał wtedy na konia). Na koniec oprowadzania dajemy mu parę drobnych na chleb. Szczęśliwy, odprowadza nas do samego samochodu i macha na pożegnanie. Pomyśleliśmy wtedy, że trafił nam się „niezły” przewodnik.

Jezioro Sewan to nie tylko największe jezioro Armenii i Kaukazu ale także najwyżej położone jezioro na świecie, usytuowane 60 km od stolicy. Jadąc wzdłuż jeziora warto zobaczyć trzy miejsca. Pierwsze to cmentarzysko chaczkarów w Noratus w wiosce o tej samej nazwie. Następnym miejscem, zupełnie przypadkowym i nie będącym na naszej liście, to monastyr Hayravank, do którego prowadzi dość wyboista droga. Jest wart uwagi ze względu na położenie i brak turystów. Tam spotkałam starszą, miłą panią, z którą zamieniłam kilka słów. Powiedziałam jej, że Armenia jest piękna ale jeszcze piękniejsi są ludzie. Zobaczyłam wzruszenie w jej oczach. Na moje słowa rozpłakała się i powiedziała, że cała jej rodzina zginęła podczas genocydu Ormian. Wzruszyłam się i też rozpłakałam. Ostatnim „must see” miejscem jest monastyr Sevanavank położony na półwyspie.

Hayravank widać z drogi jadąc w kierunku Sevanavank

Kierujemy się w stronę Sevanavank, czarnego klasztoru. Na pocztówkach wygląda przepięknie. W rzeczywistości również prezentuje się ładnie na tle jeziora ale…no właśnie jest jedno ale. Miejsce, do którego wszyscy nam mówili, że trzeba jechać oblegane jest przez setki turystów. Ledwo parkujemy samochód, mijamy niezliczoną ilość kramów z pamiątkami, przeciskamy się przez tłumy i wspinamy po schodach, gdyż klasztor usytuowany jest na wzgórzu. Ledwo wchodzimy do kaplicy. W tle słychać skutery wodne, które psują atmosferę należną monastyrowi. Mieszane uczucia towarzyszą nam w powrotnej drodze do Erywania co do Sevanavank.

Sevanavank
Postać Chrystusa z rysami mongolskim i warkoczami. Stanowił potencjalną ochronę przed najazdami Mongołów

Warto wybrać się na całodniową wycieczkę w kierunku Sewan z Erywania, gdyż można zobaczyć wspaniałe krajobrazy i zwiedzić piękne klasztory. Najlepszą opcją jest też wypożyczenie samochodu (Zobacz: Warto wiedzieć), gdyż jest to jedyny i najtańszy sposób zobaczenia wielu miejsc w jeden dzień. Zwieńczeniem objazdu miał być dla nas klasztor Sevanavank, który niestety  okazał się rozczarowaniem ze względu na tłumy turystów i dość mocno rozwiniętą infrastrukturę turystyczną. Gdybyśmy podróżowali w tygodniu a nie w niedzielę pewnie spotkalibyśmy mniej ludzi.

Przeczytaj także...

One Comment

  1. Andrzej Andrzej

    Chaczkary ekstra!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *